Fw 190 Sturmbock uwieczniony podczas ataku na formację bombowców B-17. Obraz autorstwa Piotra Forkasiewicza, udostępniony dzięki uprzejmości autora oraz magazynu Aerojournal https://www.facebook.com/aerojournal.magazine/

Obrońcy Rzeszy – Sturmstafeln

Pierwszy dzienny amerykański nalot na Wilhelmshaven przeprowadzony 27 stycznia 1943 roku, zapoczątkował regularne i coraz bardziej dotkliwe dla Niemców naloty bombowe. Pod koniec lipca 1943 roku, czterosilnikowe bombowce 8 Armii Powietrznej USAAF przeprowadziły operację nazwaną „Blitz Week”. W ciągu sześciu dni wykonano 10 nalotów na cele położone na terytorium Niemiec, a krótko potem we współpracy z nocnymi bombowcami Royal Air Force rozpoczęto tzw. „round-the-clock-bombing” czyli całodobowe naloty polegające na niszczeniu niemieckich miast.

Lotnictwo myśliwskie Luftwaffe w związku z trudną sytuacją na wszystkich frontach,  nie dysponowało wystarczającymi siłami ani taktyką aby skutecznie przeciwdziałać szczególnie dziennym nalotom przeprowadzanym przez USAAF. Generalny inspektor lotnictwa myśliwskiego Luftwaffe, Generalmajor Adolf Galland poszukiwał więc odpowiedniego rozwiązania które pozwoliłoby niemieckim myśliwcom w miarę skutecznie powstrzymywać amerykańskie działania bombowe.  W krótkim czasie pojawił się pomysł utworzenia szturmowych eskadr myśliwskich- Sturmstaffel wyposażonych w specjalnie dostosowane do stawianych zadań maszyny. Inicjatorem pomysłu był doświadczony pilot służący w Luftwaffe od 1933 roku, Major Hans-Gunther von Kornatzki, urodzony 22 czerwca 1906 roku w Legnicy na Dolnym Śląsku. Prócz wojskowych motywacji kierowały nim osobiste emocje, związane ze stratą żony która zginęła podczas jednego z alianckich bombardowań w 1943 roku. Od tego momentu von Kornatzki powziął za główny cel stworzenie skutecznej jednostki przeciwdziałającej wrogim nalotom bombowym. W drugiej połowie 1943 roku przez cztery tygodnie był obecny w Erprobungskomando 25 w Achmer. Jednostka specjalizowała się w opracowywaniu taktyki zwalczania czterosilnikowych bombowców oraz testowała nowe uzbrojenie. W tym miejscu narodziła się idea atakowania formacji bombowców od tyłu, dużą zwartą grupą silnie opancerzonych i uzbrojonych maszyn Fw 190A. Z racji stosowanej przez Amerykanów taktyki „combat box” pojedyncze myśliwce Luftwaffe były narażone na morderczy ogień często 40 karabinów maszynowych 12,7mm, co po pierwsze w zasadzie uniemożliwiało zestrzelenie wrogiego bombowca, a po drugie często wykluczało w ogóle skuteczną ucieczkę, i kończyło się zniszczeniem myśliwca. W przypadku wykonywania ataku całą eskadrą dobrze opancerzonych i uzbrojonych samolotów, szanse na sukces gwałtownie wzrastały. Rezultaty swojej pracy von Kornatzki przedstawił Gallandowi który niezwłocznie wyraził zgodę na utworzenie pierwszej jednostki tego typu nadając jej oznaczenie Sturmstaffel 1. Dowódcą został pomysłodawca Gunther von Kornatzki, a szkolenie pierwszych pilotów rozpoczęto w październiku 1943 roku.

 

Dowódca Sturmstaffel 1, Major Hans-Gunther von Kornatzki sfotografowany w kabinie Fw 190. Foto via http://www.1939-45.net

 

17 listopada 1943 w obecności Reichsmarschalla Goringa oraz Generalmajora Gallanda została odczytana i zaprzysiężona specjalna deklaracja pilotów Sturmstaffel, w której zawarto ich najważniejsze obowiązki. Lotnicy między innymi zobowiązywali się do bezwzględnego wykonywania ataków zwartą formacją i ostrzeliwania wroga z najbliższej odległości, a jeśli to nie przyniosłoby skutku, ostatecznością miało być staranowanie wrogiego bombowca. Mimo iż deklaracja ta była swoistym credo jednostki, to piloci nie musieli jej podpisywać, była to ich dobrowolna decyzja. Z pamiętników wynika jednak że i bez tego zdecydowani byli do ostatecznego poświęcenia w obronie własnej ojczyzny i zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Jednostka podlegała bezpośrednio Goringowi i była traktowana szczególnie. Jeden z  pilotów jednostki Oskar Bosch napisał:

„Sturmstaffel była niezwykła. Tworzyliśmy coś w rodzaju prywatnego klubu. Nie podlegaliśmy nikomu z wyjątkiem Goringa. Mieliśmy własnego kucharza i własne kwatermistrzostwo. Żyliśmy jak królowie. Goring przysyłał nawet skrzynki szampana, kiedy udało nam się wykonać dobrą robotę. Jednakże każdy dzień oznaczał walkę o przeżycie. Nie goniliśmy za nagrodami. Najlepszą nagrodą był powrót do bazy na koniec dnia. Ustępowaliśmy wrogowi liczebnie w stosunku dziesięć, czasami dwadzieścia do jednego, byliśmy wykończeni, ale trzymaliśmy się…Musieliśmy.”

 

Uffz. Oskar Bosch sfotografowany na skrzydle swojego Fw 190. Foto via https://argunners.com

 

Sturmstaffel 1 stacjonująca na lotnisku Dortmund, uzyskała gotowość operacyjną 1 stycznia 1944 roku. Dysponowała wówczas 14 samolotami Fw 190A-6, z których 11 było gotowych do działań. Samoloty zostały wyposażone w dodatkowe płyty z hartowanego szkła o grubości 50 mm z przodu wiatrochronu oraz po bokach owiewki o grubości 30 mm. Dodatkowo pilota chroniły płyty pancerne grubości 5mm rozmieszczone wokół kabiny, oraz opancerzenie fotela, i 12-mm płyta pancerna za jego głową. Tak przygotowane samoloty były sporo cięższe, co utrudniało manewrowanie podczas walk z myśliwcami, dlatego też w miarę możliwości piloci Sturmstaffel, nie wdawali się w pojedynki i w momencie zagrożenie starali się „ulotnić” z pola walki. Loty bojowe jednostka rozpoczęła 5 stycznia 1944 roku. Pierwszy miesiąc działań bojowych eskadry przyniósł cztery zwycięstwa uzyskane kosztem dwóch zabitych i dwóch rannych pilotów, czterech straconych maszyn oraz 11 samolotów uszkodzonych. Pierwsze wyniki świadczą o tym jak trudnym zadaniem była skuteczna walka i eliminowanie czterosilnikowych bombowców wroga. Świeżo przybyły do jednostki w lutym 1944 roku Lt. Richard Franz latający poprzednio w JG27 o taktyce stosowanej przez Sturmstaffel pisał tak:

„Bardziej niż w innych jednostkach kładło się tutaj nacisk na latanie w ciasnym szyku. Nasza taktyka opierała się na ciasnej formacji klina podczas podchodzenia do ataku od strony ogona. Von Kornatzki nie latał z nami zbyt często z powodu słabego zdrowia. Większością akcji dowodził w powietrzu Lt. Gerth, który też zapisał na swoje konto większość zestrzeleń”

 

Dodatkowa osłona owiewki wykonana z hartowanego szkła o grubości 30 mm.

 

W pierwszej dekadzie lutego 1944 roku jednostka otrzymała w ramach uzupełnienia sprzętu, nowe maszyny Fw 190A-7. Samoloty te oprócz dodatkowego opancerzenia były też lepiej uzbrojone. W miejsce kadłubowych karabinów maszynowych MG 17 kalibru 7,92 mm posiadały najcięższe karabiny maszynowe MG 131 kalibru 13 mm, a samoloty wyprodukowane w zakładach Fiesler i oznaczone jako Fw 190A-7/R2 zamiast dwóch zewnętrznych działek MG 151 kalibru 20 mm w skrzydłach, miały działka MK 108 kalibru 30 mm. To piekielnie silne uzbrojenie samolotów dawało pilotom większe szanse na zestrzelenie wroga, szczególnie najbardziej wytrzymałych B-17.

Lt. Richard Franz

„Kiedy przystępowaliśmy do ostatecznego ataku podlatywaliśmy z tyłu z niewielką przewagą wysokości, następnie nurkowaliśmy i otwieraliśmy ogień z 13-mm karabinów i 20-mm działek, aby wyłączyć tylnego strzelca, a wreszcie z odległości ok 150 m, strzelaliśmy z MK 108, które były prawdziwie straszliwą bronią. Jego pocisk był w stanie oderwać skrzydło B-17. Dzięki nim było nam teraz znacznie łatwiej zniszczyć B-24, który był nieco słabszy szczególnie, jeżeli chodzi o wytrzymałość kadłuba i uzbrojenie obronne.”

Uffz. Oskar Bosch

„Sturmstaffel przeleciała przez zmasowany ogień obrony, sadowiąc się bardzo blisko od tyłu formacji wroga, aby zająć optymalną pozycję do skutecznego ataku. Początkowo atak na bombowce był bardzo prosty. Było to ekscytujące. Poziom adrenaliny dochodził do maksimum. Każdy z nas miał własną taktykę, własne tricki, ale generalnie atakowaliśmy od tyłu z przewagą wysokości i prędkości, nurkując pod kątem 5-10 stopni. Z wysokości 500 m ponad formacją otwieraliśmy ogień na rozkaz wydawany przez radio z odległości 400 m. Na pułapie 7200 metrów powietrze było rozrzedzone i często wpadaliśmy w turbulencje tworzące się za zgrupowaniem bombowców. Nieraz przysparzały one wiele kłopotów i utrudniały zbliżenie się do przeciwnika.”

Jest to opis poprzedzający najskuteczniejszą akcję Sturmstaffel 1 w całej historii jednostki. W ciągu pięciu minut piloci zestrzelili osiem Latających Fortec, oraz pięciokrotnie zaliczyli HerausschuB (zmuszenie samolotu do opuszczenia formacji). Straty własne wyniosły cztery uszkodzone w 60% samoloty Fw 190A-7. Sukcesy odniesione w pierwszych miesiącach 1944 roku przez pilotów myśliwców szturmowych należących do Sturmstaffel 1 skłoniły dowództwo Luftwaffe do zorganizowania kolejnej jednostki tego typu, tym razem w sile Grupy. Ponieważ przeszkolenie i zorganizowanie od podstaw nowej jednostki zajęło by zbyt wiele czasu, postanowiono przekształcić IV./JG 3, która szczególnie odznaczyła się w walkach w obronie Rzeszy.

Warto w tym miejscu wrócić do deklaracji która jak się okazuje stanowiła przede wszystkim propagandowe credo jednostki. Dowódca IV.Sturm /JG 3, Hptm. Wilhelm Moritz wspomina:

„Zebrałem wszystkich pilotów na stanowisku dowodzenia lotniska Salzwedel i wyjaśniłem im dobitnie, co następuje: Wiem o waszych pisemnych zobowiązaniach dotyczących taranowania i tym podobnych spraw, ale muszę wam powiedzieć iż uważam to za bezsens i przesadę. Panowie, złożyliście przysięgę i tym samym zobowiązaliście się poświęcić swoje życie dla ojczyzny. Dlatego też nie wymaga to żadnych dodatkowych zobowiązań, ponieważ wystarcza wam przysięga! Po tej rozmowie zabrałem, podpisane zobowiązania i spaliłem je. Nigdy nic się nie wydarzyło z tego powodu.”

Zachowanie dowódcy świadczy o pewnym „klimacie” panującym wśród dużej części pilotów Luftwaffe, którzy w przeciwieństwie do centralnego ośrodka decyzyjnego zdawali sobie sprawę, z realiów w jakich przyszło im walczyć oraz prawdopodobnego finału tych walk. Trudno szukać tutaj fanatyzmu, czy podążania za chorą ideologią. Widać iż dowódcami, a przez to i ich podwładnymi, kierowała przede wszystkim chęć obrony ojczyzny i zobowiązanie jakie stawiała im przysięga wojskowa oraz powinność żołnierska.

 

Na zdjęciu Fw 190A-8/R2 należący do Hptm. Wilhelma Moritza dowódcy IV.SturmJG 3.

 

Po rozpoczęciu przez Aliantów operacji Overlord, próbowano wykorzystać IV.Sturm/JG 3 do atakowania celów naziemnych. Przeciążone samoloty jak się okazało zupełnie nie nadawały się do tej roli, w związku z czym wycofano jednostkę na teren Rzeszy w celu wykonywania lotów ćwiczebnych i przygotowywania się do kolejnych starć z bombowcami. Szczególnie ważne dla pilotów było opanowanie do perfekcji taktyki ataku szturmowego, zwanej „Sturmangriff”, co szczegółowo opisał w swoich wspomnieniach pilot jednostki, Lt. Walther Hagenah:

„Sturmangriff definiowano jako atak zwartą formacją, który prowadzi do podejścia na najbliższą odległość od tyłu do lecącego na tej samej wysokości zgrupowania bombowców. Ten rodzaj ataku został wybrany, aby zagwarantować zniszczenie wroga i zmniejszyć własne straty ponoszone przede wszystkim od ognia obronnego bombowców. IV.Sturm/JG 3 latał podczas swoich operacji, o ile pozwalała na to liczba sprawnych maszyn, w dwóch grupach oddalonych od siebie o 1500 metrów, które znajdowały się na tej samej wysokości, jedna za drugą, w ciasnym szyku otwartego V. Zgrupowanie namierzane było za pomocą radionamierników systemu Y i kierowane z ziemi na nieprzyjacielskie formacje. Początkowo próbowano w ten sposób kierować nami, aż do chwili zajęcia przez nas pozycji wyjściowych do ataku, ponieważ w większości wypadków nie było to możliwe, od chwili dostrzeżenia przez nas czterosilnikowych bombowców, dowódcom zgrupowań dano wolną rękę, gdzie i kiedy mają przejść do ataku, sądzę iż to Hptm. Moritz był tym, który zdołał przekonać wyższe dowództwo, aby zrezygnowano ze ścisłego powiązania zgrupowania myśliwców szturmowych z kierownictwem naziemnym i oddało jemu, jako dowódcy zgrupowania prawo do rozstrzygania o chwili rozpoczęcia ataku. Tak więc po dostrzeżeniu wroga to Hptm. Moritz wybierał, który pułk mieliśmy atakować, zresztą celów nie brakowało. Oczywiście to on musiał postarać się, w miarę możliwości, o wybór pułku który leciał bez osłony myśliwskiej. Najpóźniej w chwili określenia celu padał rozkaz odrzucenia dodatkowych zbiorników z paliwem. Po zmianie kursu i usadowieniu się za nieprzyjacielską formacją, zwykle w odległości 1000 do 1500 metrów, dowódca zgrupowania określał i rozdzielał cele; słychać było wówczas na przykład: Pułk lecący w dole na lewym zewnętrznym skrzydle formacji jest nasz. Weik, pan bierze lewe skrzydło, Haase, pan atakuje następne, ja i Gerth schodzimy do środka, a Romm bierze na siebie prawe skrzydło! Po wysłuchaniu rozkazów zadaniem dowódców eskadr było odpowiednie ustawienie swoich jednostek. Eskadry lecące dotychczas na tej samej wysokości zmieniały szyk i dostosowywały swój pułap lotu do pułapu odpowiednich eskadr bombowców w ramach „combat box”, które miały stać się obiektem ich ataku. Wszystko to może wydać się teraz bardzo skomplikowane, ale w rzeczywistości tak nie było. Przy tej okazji należy jednak podkreślić, iż w tym czasie umiejętności lotnicze pilotów naszej jednostki znajdowały się znacznie powyżej przeciętnej, co dotarło do mojej świadomości dopiero później, podczas służby w innych jednostkach. Teraz każdy z pilotów indywidualnie próbował określić swój cel oraz warunki własnego bezpieczeństwa, ponieważ z jednej strony nikt nie chciał przeszkadzać najbliżej lecącym kolegom, a z drugiej strony sam nie chciał znaleźć się na linii ich ognia. Od tej chwili wszyscy piloci, w zależności od położenia swojego celu sami dokonywali korekty pułapu i prędkości swoich samolotów. Przewaga prędkości podczas zbliżania się od tyłu do nieprzyjacielskiej formacji bardzo się zmniejszała; uzależniona była od kąta zbliżenia, zarówno pionowego, jak również poziomego, z którym podlatywaliśmy do ugrupowania. W większości wypadków przewaga prędkości zbliżania się wynosiła od 80 do 100 km/h, jednakże podczas ataków od tyłu z dołu należało mocno dodawać gazu aby móc zbliżyć się do „Dicken Autos” (żargonowe określenie bombowców). Ważne było aby nie dostać się w bardzo silne turbulencje wywołane przez ruch śmigieł czteromotorowców, które tak mocno huśtały naszymi maszynami, iż uniemożliwiały spokojne celowanie. Jeżeli przyjąć za początek ataku szturmowego moment zajęcia pozycji w odległości od 1000 do 1500 metrów za zgrupowaniem bombowców, to od tej chwili do momentu odbicia po ataku upływała zwykle minuta do półtorej. Czas otwarcia ognia określał dowódca zgrupowania, hasłem był rozkaz: Pauke, Paule! (Bęben, kocioł); z uwagi na ograniczony zapas amunicji ogień powinien być zasadniczo otwierany z odległości zaledwie 100 metrów, w rzeczywistości robiono to w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Zazwyczaj najpierw otwierano ogień z odległości 400 metrów z działek 20 mm i, jeżeli były do dyspozycji, z MG 131, a następnie z 200 metrów strzelano z obydwu 30-mm MK 108 osadzonych w zewnętrznej części skrzydeł, ich pociski w odróżnieniu od lżejszych kalibrów, miały szybciej opadający tor balistyczny i z tego powodu nie nadawały się do celnego strzelania z większej odległości. Strzelano krótkimi seriami, co było konieczne głównie z uwagi na czas ataku oraz ograniczony zapas amunicji, mimo to z reguły po jednym ataku amunicja zostawała wystrzelona w całości lub prawie w całości. Ogień obronny bombowców rozpoczynał się czasami już z odległości 1000 metrów, w większości wypadków strzelcy pokładowi otwierali ogień z odległości mniej więcej 600 metrów, było to wyraźnie widoczne po błyskach wystrzałów u wylotów luf oraz po „paciorkach” pocisków smugowych, które pędziły w naszą stronę. Opancerzenie naszych maszyn było przeznaczone dokładnie do wykonywania tego rodzaju ataków i doskonale sprawdzało się w akcji. Kabina Fw 190 była wrażliwa jedynie na ataki z góry, z dołu i z tyłu; jedynym wyjątkiem mogły być tak zwane „strzały ukośne”, czyli pociski, które uderzały od przodu z lewej lub prawej strony poprzez „klapy skrzeli” – były to ruchome żaluzje wentylacyjne rozmieszczone po bokach kadłuba za osłoną silnika. W odróżnieniu od Bf 109 trafienia w płatowiec Focke-Wulfa nie nastręczały sporo problemów; mówiliśmy po prostu, iż „coś stuka w karton”. Nasze straty powodowane ogniem obronnym bombowców były w każdym razie zaskakująco niskie. Atak kontynuowano następnie aż do najmniejszego możliwie dystansu od bombowca, decyzja odnośnie przerwania ataku i odskoczenia należała do każdego pojedynczego pilota i zależała między innymi od tego, jakie skutki odniósł dotychczasowy ogień na cel, jeżeli bombowiec został trafiony w decydujący sposób, odskok mógł nastąpić już w odległości 150 metrów, jeżeli jednak cel wymagał jeszcze kilku serii, kontynuowaliśmy ostrzał aż do momentu, kiedy znaleźliśmy się w odległości kilkunastu metrów za atakowaną maszyną i dopiero wówczas odskakiwaliśmy, w większości wypadków stromą świecą do góry. W tym momencie szyk naszego własnego zgrupowania rozpadał się, wyjątkowe wypadki, kiedy było inaczej potwierdzają tylko tę regułę: mnie samemu zdarzyło się tylko jeden jedyny raz, żeby przeprowadzić drugi atak, jednak jego wynik równał się zeru, ponieważ moja maszyna nie miała już amunicji.”

 

Samoloty Fw 190A-6 należące do Sturmstaffel 1.

 

Eskadry szturmowe jak widać, bardzo dobrze jak na warunki w których działały radziły sobie ze swoimi zadaniami. W międzyczasie jednostki w ramach uzupełnień sprzętowych zostały wyposażone w samoloty Fw 190A-8/R2 Sturmbock, czyli flagowy w przypadku eskadr szturmowych samolot który doskonale sprawdzał się w tej roli. W związku z sukcesami jednostki zadecydowano o jej ponownym powiększeniu. Pod koniec czerwca 1944 roku, dowodzący JG 300 Maj. Walter Dahl rozpoczął przezbrajanie II./JG 300 w samoloty Fw 190A-8 i Fw 190A-8/R2 Sturmbock. Pozostałe dwie eskadry I. i III. Należące do JG 300 miały zachować używane dotychczas maszyny Messerschmitt Bf 109 G-6. Samoloty II./JG 300 wraz z maszynami IV.Sturm/JG 3 tworzyć miały trzon formacji uderzeniowej której osłonę przed myśliwcami eskortowymi zapewnić miały obydwie „lekkie” eskadry wchodzące w skład JG 300. Formacja więc wzmocniła się, i podczas kolejnych akcji, zadała wrogim bombowcom poważne straty. Działania niemieckich myśliwców szturmowych odbiły się tym samym w alianckich przekazach propagandowych, w stacji radiowej „Soldatensender Calais” nadającej po niemiecku przekazy dla żołnierzy Wehrmachtu, Anglicy zapowiedzieli: „Zniszczymy Dahla i jego myśliwce szturmowe, a jeżeli nie uda nam się ich dopaść w powietrzu, załatwimy je na ziemi”. Świadczyło to o poważnym problemie, z jakim dowództwo alianckich wojsk lotniczych musiało sobie poradzić. Dążąc do skutecznej osłony własnych bombowców amerykanie zaczęli stosować taktykę wymiatania przed zgrupowaniem bombowym. Taktyka ta okazała się bardzo skuteczna, wielokrotnie, eskadry szturmowe, były atakowane przez osłonę bombowców, zanim miały okazję w ogóle je zobaczyć. Formacje były rozbijane co uniemożliwiało skuteczny atak. Niemcy w związku, z zagrożeniem, zaczęli używać możliwie dużej liczby konwencjonalnych myśliwców do osłony myśliwców szturmowych. Początkowo przyniosło to pozytywne, rezultaty. Eskorta bombowców, angażowała się w walce z eskortą niemiecką, co umożliwiało Sturmbockom, atak na bombowce. Z czasem jednak w związku z topniejącymi możliwościami Luftwaffe, straty zadawane przez aliancką osłonę myśliwską stawały się coraz bardziej dotkliwe. Utrata wyszkolonych pilotów myśliwców szturmowych była dotkliwa szczególnie. Lotnicy doświadczeni oraz wyszkoleni w szczególnej taktyce ataku na bombowce, byli trudni do zastąpienia. W związku z tym pod koniec sierpnia 1944 roku, powołano do zadań szturmowych kolejną jednostkę II.Sturm/JG 4, mimo to jednak rezultaty były coraz słabsze. Oprócz zagrożenia ze strony wroga, jednostkom myśliwców szturmowych dokuczały tak samo jak i całej Luftwaffe braki sprzętowe, niedobór paliwa i amunicji co dodatkowo negatywnie wpływało na skuteczność oraz morale. Mimo to jednak działania w założonej formie były w miarę możliwości prowadzone ,aż do grudnia 1944 roku. Ponoszone straty i świadomość bezsilności w walce z myśliwcami eskortowymi uświadomiły dowódcy IV.Sturm/JG 3 konieczność wprowadzenia zasadniczych zmian i odejścia od stosowanej taktyki ataków szturmowych, która przestała przynosić oczekiwane rezultaty. W wyniku tarć z przełożonymi Hptm. Wilhelm Moritz przeniesiony został na stanowisko dowódcy jednostki szkolnej – IV./EJG 1. Wraz z odwołaniem Wilhelma Moritza, który od początku wzorowo i energicznie prowadził do boju swoją jednostkę i pomimo ponoszonych strat utrzymywał wysokie morale podległego mu personelu latającego, zakończył się okres sukcesów myśliwców szturmowych. Między 1 lipca a 15 grudnia 1944 roku IV.Sturm/JG 3 stał się najlepszą jednostką Obrony Rzeszy, z 285 zwycięstwami powietrznymi w tym 270 zestrzelonymi czterosilnikowymi bombowcami. Za ten niewątpliwy sukces przyszło zapłacić wysoką cenę 76 zabitych i 44 rannych pilotów, oraz 130 samolotów zniszczonych w walkach powietrznych i 20 rozbitych w wypadkach.

Jeśli chodzi o weryfikację zestrzeleń to strona amerykańska potwierdza utratę 185 zestrzelonych przez myśliwce szturmowe bombowców. W obliczu gigantycznej przewagi aliantów wynik ten świadczy mimo wszystko o ogromnej skuteczności pilotów Luftwaffe.

Uffz. Willi Maximowitz kołuje swoim Fw 190A-8/R2 „czarna 8” po akcji bojowej. Zdjęcie zostało wykonane na lotnisku Dreux w czerwcu 1944 roku.

 

 

Bibliografia:

Marek J. Murawski., Szarża Sturmbocków – Pierwsza Krew, [w:] Militaria XX wieku 06 (9), Lublin 2005.

Marek J. Murawski., Szarża Sturmbocków – Lato 1944, [w:] Militaria XX wieku 02 (11), Lublin 2006.

Alfred Price., Ostatni rok Luftwaffe, maj 1944 – maj 1945, tłum. Wojtek Matusiak, Kraków 2009.

 

Udostępnij Tweet
1903-1918

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *